Pn – Cz 9:00 – 23:00  ¦  Pt 9:00 – Last Guest
So 11:00 – Last Guest  ¦  Nd 11:00 – 23:00
For Reservation
022 585 10 05
Home AboutUs Menu Gallery Take Away Catering Press Reservation News Contact
Gazeta Wyborcza, 13.11.2009 r., Maciej Nowak

Kilka tygodni temu pewien młody człowiek, oglądając strajkowe zdjęcie naszego Wodza sprzed prawie 30 lat, jęknął: - O Boże, Freddie Mercury też był wtedy w Gdańsku? Po chwili osłupienia zrozumiałem dobitnie, że mam problem z postrzeganiem czasu. Wiem, że trzy dekady to niemało, ale żeby aż tak dużo, by nie kojarzyć niczego? No cóż, młodociany miłośnik Queenów ma lat 19 i wszystko, co zdarzyło się wcześniej, wydaje mu się prehistorią. Co tam - przed jego narodzeniem! Nawet 10 lat temu zdarzyło się przed półmetkiem jego dotychczasowego życia i kojarzy się z zamierzchłymi bajkowymi czasami.

A ja ciągle mam wrażenie, że 10 lat temu zdarzyło się wczoraj wieczorem. W takiej na przykład Lokancie na Nowogrodzkiej ostatni raz byłem 9 lat temu, przy okazji legendarnej premiery "Miss Sajgon" w Teatrze Roma. To tutaj odbył się popremierowy bankiet, to tutaj świętowaliśmy narodziny nowych gwiazd polskiego musicalu, a z D. rozpiliśmy szampana, którego dostał ode mnie jeszcze na scenie. (Dla ścisłości: to nie była ta sama butelka, bo pierwsza w emocjach wypadła mu z dłoni i rozbiła się pod nogami kolegów aktorów). Minęło długich 9 lat, a ja mam wrażenie, że dopiero teraz przechodzi kopfschmerz po tamtej imprezie, że nadal trwa końcówka szalonych lat 90., że ciągle buzuje w nas energia przełomu, że nadal jesteśmy na początku Nowego Wspaniałego Świata. Nic z tego, proszę zajrzeć do kalendarza - kończy się następna dekada. Pierwsza dekada XXI wieku. Do jego końca już tylko 91 lat. Niektórzy nawet się nań załapią, o co mam pewien żal, bo akurat tego sylwestra na pewno nie będziemy już świętować razem.

Zegarki i kalendarze wariują, jakby najadły się szaleju, tymczasem Locanta wydaje się oazą spokoju. Właściwie recenzję sprzed lat mógłbym przedrukować dzisiaj i nadal byłaby aktualna. Rustykalny wystrój nawiązujący do tradycyjnych tureckich lokant i karawanserajów pozostał ciągle ten sam i w podejrzanie dobrej formie. W karcie nieustannie królują te same klasyki kuchni znad Bosforu, ale z drugiej strony, czemu się dziwić? W ponad 600-letnich dziejach Wysokiej Porty jedna dekada to może nie mrugnięcie powieką, ale na pewno nie więcej niż rok w życiu dorosłego człowieka. Czy od jednej wiosny do drugiej należy jakoś się spieszyć z radykalnymi zmianami? Skoro przecierana zupa soczewicowa z klarowanym masłem (10 zł) rozpalała zmysły niegdyś, wyjątkowa pozostanie i dzisiaj. Po co naruszać ten odwieczny porządek? Zachwycajcie się nieustannie świetnymi przystawkami meze, pośród których najsmaczniejszy jest chyba humus (15 zł) i dolma z ryżem (15 zł) zawijana w liście winogron. Zamówcie też rozmaicie formowane i faszerowane serem lub mięsem placki zwane tureckimi pizzami (15-26 zł). Doceńcie potęgę tutejszego grilla opalanego węglem drzewnym, z którego świetnie smakują szaszłyki (32 zł), okrągłe kotleciki kofte (21 zł) oraz kebaby z siekanej wołowiny (32 zł). I wtedy już przychodzi kolej na dania, których nie powstydziłyby się kuchnie Topkapi. Kawałki grillowanej wołowiny i kurczaka zapieczone z ułamkami sera w płatach chleba durum (42 zł) obficie posypane sezamem. Pasta z grillowanych bakłażanów z jogurtem podana z szaszłykiem z indyka i wołowiny (42 zł). Albo jagnięcina zapieczona w glinianej miseczce z papryką i ryżem (42 zł). Do tego oczywiście ajran, mocna herbata z kardamonem, słodkie nargile, pokładające się na otomanach półnagie hurysy

Zastanawia mnie jedynie, czy pośród tych cudów osmańskiej uczty nie ulegniecie aby słabości do doner kebaba (24 zł), czyli kawałków wołowiny i baraniny skrawanych z pionowego grilla? W końcu Warszawa żywi się nim już od wielu lat, a tutaj jest wyjątkowo dobry. Tylko błagam, nie proście na grubym cieście z podwójnym sosem czosnkowym!

Polityka nr 25, 23.06.2001 r., Piotr Adamczewski, Andrzej Garlicki

Lokanta***



To słowo, wedle wyjaśnień kelnerek, oznacza w języku tureckim karczmę, w której dania przyrządza się na oczach klientów. W głębi za ladą, na której stoją misy z sałatkami i słoje marynat, jest duży piec, trochę podobny do pieca chlebowego, bardzo dekoracyjny, ale i funkcjonalny. Tu podgrzewa się pidy, czyli rodzaj dużych podpłomyków, które powinny być gorące, chrupiące i po rozerwaniu tworzące kieszeń wypełnioną sałatkami lub mięsem albo i tym, i tym.

Kebab, występujący zresztą pod różnymi nazwami, to cienkie skrawki pieczonego mięsa. Klasyczny polega na tym, że różne rodzaje mięsa nadziewa się warstwami na pionowy obracający się rożen. Bardzo ostrym nożem ścina się cienkie chrupiące płatki. Mięso jest oczywiście natarte przyprawami. Możliwe są różne wariacje tej klasycznej wersji.

Do kebabu podaje się sałatki i na tym samym talerzu gęsty jogurt. Przypomina on trochę naszą gęstą wiejską śmietanę, którą można było kroić nożem, co pamiętają już tylko najstarsi Polacy. Nie trzeba dodawać, że jogurt jest wiele zdrowszy od śmietany. W kuchni tureckiej odgrywa wielką rolę nadając jej swoisty smak. Stanowi m.in. podstawę wspaniałych zimnych sosów.

Kuchnia turecka ma wiele zrozumienia dla deserów, wśród których dominują ciasteczka z cieniutkich płatów ciasta francuskiego przełożonych mielonymi orzechami, pływające w gęstym syropie, czyli baklawa. I tu mogą być różne wariacje, ale istota pozostaje niezmienna. Te ciastka, krojone z dużych placków, są niesłychanie słodkie i bardzo niezdrowe. Ale jakże, pod warunkiem że świeże, smaczne.

Wreszcie kawa po turecku, która ma tyle wspólnego z naszą zalewajką, co Warszawa z Konstantynopolem. Powinna być przygotowywana w specjalnych miedzianych rondelkach. Drobno zmieloną kawę z niewielką ilością cukru zalewa się wrzątkiem, a następnie albo na płycie kuchennej, albo najlepiej w gorącym piasku doprowadza się powstały kożuch do takiej temperatury, by podniósł się do skraju rondelka, pilnie bacząc, by kawa się nie zagotowała. Po kilkakrotnym powtórzeniu tej czynności napój jest gotów.

Poza słodkościami kuchnia turecka jest zdrowa, a mimo to smaczna. W każdym razie oryginalna. Pod warunkiem oczywiście, że nie jest się uczulonym na jogurt. Dodajmy, że kebab, czyli grecki gyros, trwale zagościł w amerykańskich barach, co w krainie hamburgera nie jest łatwe.

W Warszawie, mimo że Turcja jest jednym z naszych krajów wakacyjnych, nie było mody na tureckie restauracje. Dopiero ostatnio pojawiło się kilka, a usytuowana na Nowogrodzkiej, koło Romy, Lokanta jest chyba najbardziej godną polecenia.

Duża, lekko ciemnawa sala z pięterkiem z dobrze zaplanowanym nieładem mebli. Różne rodzaje stolików, krzesła, fotele, kanapy, wszystko to stwarza dobry nastrój. Nie ma szatni, okrycia wiesza się na biurowych wieszakach, co w zimie może być niewygodne. Sprawna i miła obsługa, a ceny dość przystępne. Polecamy: talerz zimnych zakąsek na dwoje, dość drogi, ale dający dobry pogląd na typowe tureckie zakąski. Klasyczny doner kebab lub bardziej wyrafinowany w ciekawym sosie iskender kebab. Kawa po turecku, baklawa. W każdym razie miłe urozmaicenie na mapie kulinarnej Warszawy.

 
Partnerzy